"Dwie świątynie" - Mateusz Bajas - Recenzja


Tytuł: „Dwie świątynie"
Autor: Mateusz Bajas
Premiera: 2016
Ilość stron: 310




Mateusz Bajas - urodzony 18.06.1990 roku w Łodzi. Z wykształcenia turysta i rekreant. Zodiakalny bliźniak, czyli człowiek dwoisty. Miłośnik wszystkiego, co skrajne, wyraźne i charakterystyczne. Poszukiwacz paradoksów i nieścisłości, co potwierdzają jego zainteresowania. Sześciokrotny maratończyk, ze sporym zacięciem do jazdy na rowerze i pływania. Fan niełatwej literatury, do której uwielbia wypić ciekawe piwo. Włóczykij, z planem obejścia globu, choć póki co bez wielkich sukcesów na polu turystyki przez duże "Te". Tata - domator, pragnący szczęścia kobiety i syna, i marzący o krainie wiecznie posprzątanego mieszkania. Równie mocno co spacery po klimatycznej Łodzi, uwielbia trzaskający w ognisku ogień, gdzieś w głuszy Beskidu Niskiego. A to wszystko spina niezmienna miłość do hip-hopowego werbla. (źródło: okładka książki "Dwie świątynie")




"(...) - Ludzie boją się. Wszyscy.
Boją się śmierci, odrzucenia, smutku, samotności.
I z tego strachu zaczynają kombinować.
Unikać tego, co ich przeraża. Omijać problemy.
Chować się przed odpowiedzialnością. 
Rezygnować ze szczęścia kosztem świętego spokoju.
Idą najtrudniejszym szlakiem.
Zbyt długim i zbyt trudnym na ich umiejętności. 
Koniec końców - sami skazują siebie na zagładę."





Marcin Pieniążek jest jednym z gości pięciogwiazdkowego hotelu. Właśnie szykuje się na niezwykle ważne spotkanie służbowe, z potencjalnym udziałowcem. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nawiąże on bowiem cenną współpracę, co pozwoli mu rozwinąć od dawna planowaną inwestycję, a tym samym odnieść sukces i zarobić mnóstwo pieniędzy. Czuje, że mu się uda, tym bardziej, że potrafi przewidzieć zachowania i poszczególne kroki postępowania rozmówców. Ponadto jest perfekcyjnie przygotowany pod względem merytorycznym, a także pewny siebie. Ma świadomość, że musi doskonale odegrać kolejną rolę w swoim życiu... Nie wie tylko, że zostanie poddany testowi...
Tymczasem Piotr przechadza się łódzkimi uliczkami, słuchając muzyki, poddając się niesamowitym rytmom hip-hopu i kontemplacji na temat obecnego życia, jak i najbliższej przyszłości. Pragnie zrealizować jedno ze swych pragnień. Marzy bowiem o wyjściu na scenę, rapowaniu, wydobywaniu z siebie kolejnych wersów, stworzeniu własnej płyty będącej odzwierciedleniem jego emocji i myśli. Marzy o sukcesie oraz stabilizacji finansowej, dzięki której mógłby wreszcie rozpocząć życie na własny rachunek, a przy okazji pomóc najbliższym... Marzenia się spełniają...
Pewnego dnia drogi obu mężczyzn się przecinają. Panowie wpadają na siebie przed budynkiem luksusowego hotelu. Od tego momentu ich życie ulegnie diametralnej zmianie... Przypadkowe zderzenie będzie punktem zwrotnym w ich życiu... Dla każdego z nich będzie początkiem walki przede wszystkim o siebie... 

Nie ukrywam, że kompletnie nie spodziewałam się tego, iż książka "Dwie świątynie" wywrze na mnie tak ogromne wrażenie. Już zaledwie po kilku stronach byłam przekonana, że to moje pierwsze spotkanie z piórem autora będzie nie tylko niezwykle udane, ale również niezapomniane. Dawkowałam sobie lekturę owej powieści. Za każdym razem przenosiłam się w inny świat, zatracałam się w nim do tego stopnia, że nie chciałam go opuszczać. Do tej pory nie potrafię zdefiniować dokładnie tego, co czułam i czuję nadal. Powieść ta ma w sobie to "coś", co sprawia, że człowiek odpływa, całkowicie odrywa się od rzeczywistości, a nawet o niej zapomina. Nieustannie w trakcie jej lektury łapałam się na tym, że nie chciałam, aby ta historia się skończyła. Wiedziałam, że będę tęsknić za niepowtarzalnym i wyjątkowym klimatem stworzonym przez autora. W każdym słowie, wyrażeniu, zdaniu czułam jego pasję i miłość do muzyki oraz do miasta kontrastów - Łodzi. To mi się udzieliło. Słyszałam bity i dopasowane do nich rymy roznoszące się w całym klubie, poruszałam się w ich takt, przepadłam. Uświadomiłam sobie wtedy, że dawno nie słuchałam hip-hopu, mimo iż jeszcze parę lat temu uwielbiałam owy gatunek muzyczny.  Ponadto miałam wrażenie, jakbym rzeczywiście przechadzała się urokliwymi i klimatycznymi uliczkami w Łodzi, będącymi kumulacją wszelakich zapachów: starych kamienic, spalin, jedzenia i alkoholu. Jakbym codziennie podążała tą trasą, którą pokonywał jeden z głównych bohaterów. A dodatkowo niejednokrotnie byłam świadkiem rozmów biznesowych, prowadzonych negocjacji i warunków współpracy. I co najważniejsze, nie nudziłam się. Uważam, że to było ciekawe doświadczenie. Uczestniczyłam zatem w podróży pełnej przeszywających ciało dźwięków, ludzi wyróżniających się pasją i ambicją, ale także zmagających się z przeciwnościami losu, biznesowych intryg i gier, decyzji zmieniających życie, sukcesów i porażek oraz ciekawych, refleksyjnych i wpływających na zmianę podejścia do wielu kwestii opowieści zwykłych osób - głównie mężczyzn, którzy ponoszą konsekwencje własnych wyborów.

"Dwie świątynie" to opowieść, która wzbudziła we mnie mnóstwo emocji, niektórych nie potrafię sprecyzować. Jedno jest pewne, że po skończeniu lektury owej książki, popadłam w głęboką zadumę. Siedziałam kilkanaście minut w tej samej pozycji, nie mogłam się ruszyć, nie chciałam odkładać powieści na półkę. Ba! Ja nie mogłam się pogodzić z tym, że to koniec. Nie umiałam powrócić do rzeczywistości, krzątałam się po domu bez celu, nie potrafiłam się na czymkolwiek skupić, zebrać sensownych myśli. Nie wiem, czy jasno się wyrażam, ale inaczej nie potrafię. Są bowiem takie książki, do końca których nie chcemy dotrzeć, bo jeśli przewrócimy ostatnią kartkę, wówczas będziemy musieli się z nią rozstać. I wtedy pozostaje jedynie smutek, tęsknota, a czasem pustka...

Głównymi bohaterami powieści jest dwóch mężczyzn. Różnią się pochodzeniem, wykształceniem, statusem materialnym i społecznym oraz poglądami. Ale też wiele ich łączy, obaj są ambitni, pełni pasji, spragnieni sukcesu, zdobycia szczytu, sławy, pieniędzy. Obaj mają marzenia, które pragną zrealizować i urzeczywistnić. Piotrek to skromny i odpowiedzialny chłopak, mieszka z rodzicami, młodszym bratem i babcią. Rodzina jest dla niego bardzo ważna, łączy go niezwykle silna więź z matką. Swego czasu musiał porzucić szkołę, aby znaleźć zatrudnienie i pomóc najbliższym w trudnej sytuacji finansowej. Kiedy jednak mama podjęła pracę, Piotrek postanowił oddać się swojej pasji jaką od zawsze był hip-hop. To właśnie z muzyką wiązał swoją przyszłość. Od początku obdarzyłam go sympatią, za szczerość, minimalizm, chęć pomocy, za bycie sobą oraz miłość do muzyki. Gdy popełniał błędy - trzymałam za niego kciuki i mu kibicowałam.  Natomiast Marcin to mężczyzna wywodzący się z dobrego domu, wykształcony, bogaty. To perfekcjonista, człowiek charakteryzujący się wysokim mniemaniem o sobie, niekiedy wulgarny, nie radzący sobie ze swoimi emocjami, nieprzyjmujący do wiadomości porażek, gardzący ludźmi, nieszanujący kobiet, które traktuje przedmiotowo, pozbawiony pozytywnych uczuć i skrupułów oraz wieczny egoista. Uważał bowiem, że za pieniądze można wszystko kupić, zainteresowanie i przychylność innych ludzi, a nawet przyjaźń lub miłość kobiety. Nie liczył się z uczuciami innych, nie dostrzegał ich. Dla niego najważniejsza była ilość cyfr na koncie bankowym. Dopiero z czasem się przekonał, że pieniądze to nie wszytko. Nie są one bowiem wyznacznikiem szczęścia. Zarówno Piotr, jak i Marcin zostaną poddani wielu próbom, napotkają na swej drodze wiele przeszkód, zaznają też chwil szczęścia, w ich życiu pojawią się również kobiety, poznają mnóstwo interesujących osób. Jednak przede wszystkim każdy z nich zmierzy się z samym sobą, zasmakuje sukcesu oraz porażki, a także dosięgnie dna. Pytanie tylko, czy i który z nich się podniesie?

Fabuła książki jest oryginalna, niesamowicie wciągająca, a co najważniejsze nieprzewidywalna. Z ciekawością, zainteresowaniem i wnikliwością śledziłam losy bohaterów. Każda kolejno przewracana kartka była dla mnie jedną wielką niewiadomą. To sprawiło, że z przyjemnością chłonęłam tę historię. Ponadto powieść napisana jest lekkim, przejrzystym i sympatycznym stylem. Wyraźnie czułam też zaangażowanie Mateusza Bajasa w napisanie tejże książki. Przepełniona jest ona mnóstwem pięknych, wartościowych cytatów, trafnych spostrzeżeń, niepowtarzalnych uczuć oraz cennych myśli, które pozwalają się na chwilę zatrzymać, zastanowić się na ich głębią i sensem, a także spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy.

Podsumowując, "Dwie świątynie" to bez wątpienia udany debiut literacki. Prawdę mówiąc, najlepszy spośród wszystkich dotychczas przeze mnie poznanych. Wyróżnia się między innymi intrygującą, a nawet uzależniającą fabułą, będącą połączeniem fascynacji hip-hopem, miłości do pełnej rozbieżności i tajemnic Łodzi oraz skomplikowanego świata biznesu, a poza tym naprzemienną trzecioosobową narracją z perspektywy głównych bohaterów, doskonałą kreacją postaci i przyjemnym stylem pisania. To szczera, prawdziwa, poruszająca, emocjonalna i refleksyjna opowieść o pasji, dokonywaniu wyborów ważących na dalszym życiu, dążeniu do upragnionego celu, osiąganiu sukcesów, poznawaniu gorzkiego smaku porażek, zaspokajaniu ambicji, rezygnacji z własnych planów na rzecz dorównania oczekiwaniom innych, zacieraniu się granicy między samospełnieniem a autodestrukcją, a także o trudnej walce o siebie, a jednocześnie swoje życie. To historia z niejednym cennym przesłaniem. Na długo zapada w pamięć. Zapewne nie raz do niej powrócę. Warto sięgnąć po ową opowieść. Warto odbyć tę trudną, ale jakże frapującą i ważną podróż. Gorąco polecam.





Cytaty:

"Było im ciasno, niejednokrotnie,
ale za dnia od tłoku można zawsze uciec poza dom. 
A w nocy i tak liczy się tylko dach nad głową.
I to, że jest miękko. I ciepło.
Są tacy, którzy nie mają nawet tyle..."


"Nawet nie miał na sobie nic takiego, żeby można było wziąć go za jakiegoś lumpa.
Zresztą kto to jest lump czy żul?
Znał wielu określanych tym mianem i większość z nich była bardziej wartościowa
niż niejeden nagradzany, błyszczący w telewizji "bohater".
Różne rzeczy dzieją się w życiu i zawsze lepiej wyglądać źle,
ale mieć czysto na sumieniu, niż na odwrót."


"Bo co jest tak naprawdę ważne?
Z punktu widzenia każdego z nas ważne jest tylko i wyłącznie to, co nas dotyczy.
MOJE zdrowie, MOJE aspiracje, MOJE pasje, MOJE zachcianki,
bo to jest zawsze MOJE życie. 
Mamy na tym świecie ograniczoną ilość czasu, przypisaną indywidualnie,
na kreowanie swojej osobowości i otaczającej nas rzeczywistości.
Jeśli zanadto poświęcimy swoje dni na płaszczenie się przed innymi
i realizowanie ich planów, może nam zwyczajnie zabraknąć życia dla siebie.
I wtedy co? Chyba nikt nie chce umierać, 
będąc obrażonym na samego siebie, pełen żalu, goryczy
i wyrzutów sumienia..."


"(...) - Każdy z nas chciałby w życiu zajmować się tym, co kocha.
Budzić się każdego poranka, nie po to, żeby iść do pracy
i sprzedawać swój czas za zawsze zbyt niską stawkę, 
ale po to, żeby rozwijać samego siebie i spełniać się we własnym życiu.
Właśnie Bóg zesłał ci szansę, znak. 
Każdy z nas ją kiedyś dostaje.
Większość nawet jej nie zauważa, reszta boi się ją wykorzystać,
bo ta droga wymaga więcej od nas samych."


"(...) Otwórz swój umysł, siebie, swoje życie na świat.
Podnieś roletę i otwórz okno, wychyl się przez nie.
Wciągnij nosem zimne powietrze.
Popatrz na ludzi, popatrz na świat.
Nie rozumiesz go? Dziecko też na początku nie rozumie niczego.
Dlatego pyta. Zacznij pytać. Siebie, innych, nieważne.
Pytaj - czemu tak a tak się dzieje, czemu to, co widzę, z okna wygląda, jak wygląda?
Nic nie dzieje się bez przyczyny, a nie ma przyczyny, której nie da się wyjaśnić.
Ćwicz umysł, wyobraźnię, a będziesz w stanie zrozumieć coraz więcej.


" - (...) Nie mam nic do stracenia, a wszystko do zyskania.
Jeśli sam o to nie zadbam, to zostanę w tym bagnie do końca życia.
A na to godzić się nie zamierzam."


"(...) - żyj czymś więcej niż pracą, bo pracuje się dla pieniędzy,
a kiedy będziesz miał już ich tyle, że nie będziesz musiał pracować,
to zostanie ci w rękach i głowie pustka."


" - Chciałbym mieć taką pewność, jak wtedy, gdy ktoś prosi cię,
żeby przechylić się do tyłu, aż stracisz równowagę - i ten ktoś cię wtedy łapie.
Wzrok, rozum, logika podpowiadają, że to bez sensu,
bo żadnym zmysłem nie można stwierdzić, czy te ręce,
które obiecały uchronić cię przed upadkiem, rzeczywiście są tam,
gdzie być powinny. 
Mimo to wiesz, że para dłoni jest tuż za twoimi plecami, czeka zgodnie z obietnicą,
a ty przechylasz się i... nie upadasz!"


" - (...) Żeby pokochać kogokolwiek i cokolwiek, nawet Boga,
trzeba NAJPIERW pokochać siebie.
I nieważne, kim jesteś, w co wierzysz, co robisz i co wiesz.
To wszystko nabiera znaczenia dopiero w momencie,
kiedy nauczysz się kochać siebie."


"(...)  Żeby kogoś poznać - trzeba zagadać.
Żeby napisać książkę - trzeba kupić zeszyt i postawić pierwszą literę.
Żeby obiec kulę ziemską - trzeba ubrać buty i zacząć biec.
Nawet jeśli boisz się rozmów, uważasz, że ktoś skrytykuje twoje dzieło,
a na obiegnięcie Ziemi masz za słabą kondycję.
To wszystko dopiero SIĘ OKAŻE."


"(...) Wszyscy zapominamy, że tory, które prowadzą "tam", 
prowadzą też "z powrotem"."











Udostepnij na Google Plus

Sugestia

Zapraszamy do zajrzenia również na inne blogi o podobnej tematyce
    Blogger Comment
    Facebook Comment